Włóczęga ~ Sklep Włóczęga – poczuj się jak w domu W naszym sklepie tworzonym przez ludzi którzy zdarli na szlakach niejedną parę butów każdy wędrowca poczuje się jak w domu Cieszymy się za każdym razem kiedy do nas wracacie i z radością witamy każdego nowego gościa który do nas zagląda Praca: Bez wychodzenia z domu w Gorzowie Wielkopolskim. 131.000+ aktualnych ofert pracy. Pełny etat, praca tymczasowa, niepełny etat. Konkurencyjne wynagrodzenie. Informacja o pracodawcach. Szybko & bezpłatnie. Zacznij nową karierę już teraz! zieleń wokół domu ★★ POKÓJ: pomieszczenie w domu ★ ATRIUM "salon" w daw. domu rzymskim ★★★ OGRODY: zielone wokół domu ★★ REMONT: kapitalny domu ★★★ SAMOUK: kształci się w domu ★★★ TATAMI: mata w jap. domu ★★★ TUŁACZ: włóczęga bez domu ★★★ TWÓRCA: osoba z worem ★★★★ sylwek: REZERWA "salon" w daw. domu rzymskim ★★★ OGRODY: zielone wokół domu ★★ REMONT: kapitalny domu ★★★ SAMOUK: kształci się w domu ★★★ TATAMI: mata w jap. domu ★★★ TUŁACZ: włóczęga bez domu ★★★ REZERWA: żołnierze odesłani do domu ★★★ GWARDIAN: przełożony domu zakonnego ★★★ ODBUDOWA: odrestaurowanie włóczenie się bez celu posiada 1 hasło. ł a ż e n i e; Podobne określenia. włóczy się bez celu; wałęsa się bez celu; wałęsają się bez celu; krążenie, włóczenie się, błąkanie się; lubi włóczyć się; włóczęga bez domu i bez pracy (z francuskiego) Powiązane określenia. włóczenie się, wałęsanie się, błąkanie Słowo tramp posiada 48 synonimów w słowniku synonimów. Synonimy słowa tramp: włóczykij, tułacz, włóczęga, łazik, powsinoga, wędrowiec, obieżyświat Portal pracy dla freelancerów i pracodawców. Zlecenia i oferty pracy zdalnej. Wystaw fakturę VAT bez zakładania firmy. Zatrudniaj za darmo i bez ZUSu. Praca: Bez wychodzenia z domu w Starogardzie Gdańskim. 132.000+ aktualnych ofert pracy. Pełny etat, praca tymczasowa, niepełny etat. Konkurencyjne wynagrodzenie. Informacja o pracodawcach. Szybko & bezpłatnie. Zacznij nową karierę już teraz! Paryski włóczęga - krzyżówka. Lista słów najlepiej pasujących do określenia "Paryski włóczęga": KLOSZARD ULICZNIK MENEL APASZ LUWR DIOR RITZ SORBONA KANKAN APASZKA ŁAJZA ŁAZIK TRAMP ODEON KOMUNARD TUŁACZ POWSINOGA WERSAL PIGALLE ORLY. Słowo. Projekt 101 Lost Kittens został stworzony przez ASA – Artists for Stray Animals celem znalezienia domu dla bezdomnych zwierząt. Drewniane domy na palach położone na nadbrzeżu George Town. Bardzo często piękno jest w prostocie zestawień kolorystycznych. Cheong Fatt Tze Mansion to bardzo charakterystyczny punkt na mapie George Town. c675. Dzięki podróżom przekonujesz się, ile jesteś wart – mówi Grzegorz Kapla, dziennikarz, podróżnik, pisarz, reporterAutor kryminału „Bezdech” zdradza, gdzie serwują najlepszą kawę na świecie, czym różni się turysta od podróżnika i dlaczego w Warszawie drzewa są bardziej zielone niż gdziekolwiek na Kapla: Chcesz zapytać, czy dziś biegałem?Agnieszka Michalak: Ej, to ja zaczynam wywiad. Skąd wiesz, że właśnie o to chciałam spytać?Przeczytałem w twoim notesie. Kiedy piszesz o aferach – a ja pisałem o nich, gdy mieszkałem jeszcze w Świnoujściu – szybkie czytanie tekstu do góry nogami jest kluczową umiejętnością. Robisz wywiad z jakąś szychą, on ma na biurku stos papierów, czasem bardzo ważnych, nie chciałby, żeby ktokolwiek znał ich treść, udajesz, że pytasz o coś, co jest mu na rękę i czytasz. Zapamiętujesz sygnatury i daty. Potem wysyłasz mu zapytania w sprawie pisma takiego a takiego, a on nie wie, kto ci to ujawnił, gdzie ma przeciek…To biegałeś dziś czy nie?Oczywiście, staram się biegać codziennie – takie uzależnienie, bez drugiego dna. Dziś biegło się całkiem nieźle, bo było 18 stopni, a nie – jak wczoraj trasą biegniesz?Zależy czy spałem, czy nie, bo od początku epidemii moja bezsenność nieco się pogłębiła i porządne spanie bywa luksusem. Zwykle biegam godzinę. Wokół Starego Miasta w Warszawie, potem nad Wisłą, dalej przecinam któryś z mostów, bo po praskiej stronie wciąż jeszcze rośnie prawdziwy las. Na koniec próbuję wbiec po schodach na górkę maryjną. Kiedyś umierałem w połowie pierwszej próby, dziś znowu biegnę pięć mam budowy biegacza i nigdy nie osiągnę w tym sporcie sukcesu, ale ci, którzy walczą wbrew ograniczeniom imponują mi bardziej od tych, co zdobywają medale. Machamy sobie w trasie i wiem, że oni też mi kibicują. Lubię ten czas dnia, słucham TOK FM lub Trójki. Mądrzy ludzie o czymś dyskutują, a ja potem to komentuję na blogu „Kapla w drodze”.Wspomniałeś o twoim mieście, Świnoujściu. Opowiedz o swojej pierwszej poważnej podróży relacji Świnoujście – Warszawa?Raczej już Warszawa–Świnoujście. Bal szkolny mojej córki. To było naprawdę ważne, fryzjer, te sprawy. Powiedziałem, że będę. Spóźniłem się dwadzieścia minut, bo zapomniałem, że nie mogę przepłynąć w śródmieściu promem na rejestracjach innych niż to było?Dawno, nie pamiętam. Przecież wiesz, że nie używam kalendarza ani też, że nie masz żadnego numeru w telefonie i do nikogo nie dzwonisz, czekasz na telefony od tak. Nie mam książki teleadresowej w komórce i wolę do nikogo nie dzwonić, ale zawsze odbieram, albo oddzwaniam. Boję się też listów poleconych, które kiedyś oznaczały tylko już siwe włosy, kiedy opuszczałeś Świnoujście?Jasne. Kiedy piszesz o aferach, trzeba się spodziewać kłopotów, bo źli ludzie nie poddają się bez walki. Procesy o naruszenie interesów różnych ważnych osobistości, między innymi głowy państwa, trwały przed różnymi instancjami pięć lat. Żadnego nie przegrałem, ale miałem dość takiego życia. Rzuciłem to wszystko, wyjechałem w Karkonosze i zostałem przewodnikiem górskim. Pomyślałam, że czas na życie, które będzie całkowicie odmienne od tego, które wiodłem dotychczas. Z tamtego etapu zachowałem tylko umiejętność pisania, robienia zdjęć i zamiłowanie do był dobry czas. Mieszkałem w tych górach, chodziłem po nich z turystami, miałem prawdziwą męską przyjaźń. To nie są wysokie góry, ale potrafią dać w dupę. No i może nawet spotkałem miłość… Pomyślałem, że jeśli popracujemy w Warszawie, zarobimy na dom w górach. I nie będzie trzeba już mieszkać na staromiejskim poddaszu, ale w chacie, w której pachnie świerkowym drewnem i z której widać siwe szczyty. Ten plan powiódł się połowicznie. Moja ówczesna dziewczyna ma ten dom z kimś do stolicy przyjechałeś?Tak, na zaproszenie Joanny Rachoń z redakcji „MaleMan”, dla której robiłem wcześniej jakieś materiały, wywiady. Zacząłem pracę redaktora i miesięcznie zarabiałem tyle, ile wcześniej przez rok będąc freelancerem. Zresztą odkąd przestałem się utrzymać z malowania wysokich konstrukcji – kominów, latarń morskich czy mycia szyb w wieżowcach – żyłem z robić magazyny, to zupełnie inny rodzaj dziennikarstwa, niż pisanie do dzienników. Dziennik to głównie adrenalina, litry kawy i kilka paczek papierosów dziennie. Nie ma nic wspólnego ze sztuką. A tworzenie magazynu daje szansę, żeby po swojemu opowiedzieć świat innym ludziom, żeby podzielić się dobrymi historiami. To nie jest łatwe, bo dziś redaktorzy magazynów muszą iść na setki kompromisów, w tym reklamowych. To wymusza w jakimś sensie zakres tematyczny. Poza tym ludzie kupują kolorową prasę dlatego, że widzą na okładkach sławne osobistości. Na szczęście jeśli się tylko chce, można wciąż znaleźć sporo przestrzeni, żeby powiedzieć o świecie, w taki sposób, w jaki chcesz to zrobić. To wielki przywilej i dają ci podróże?Dzięki nim przekonujesz się, ile jesteś masz na myśli?Czy umiesz pokonać lęk przed samotnością, brakiem wygód, niebezpieczeństwem, wysiłkiem fizycznym. Kiedyś nie miałem takiego lęku, ale jestem w takim miejscu w życiu, że czas brać to pod uwagę. Podczas ostatniego wyjazdu – Kambodża, Wietnam, Laos, Tajlandia – brałem pod uwagę ewentualność, że mogę nie dać lata temu dałeś radę na pustyni…To zupełnie inna okoliczność. Przez pustynie jechałem z drużyną Poland National Team w rajdach cross country, naszą dakarową reprezentacją. To było zadanie drużynowe. Nie siedziałem w samochodzie sam, kiedy się zakopaliśmy to we dwóch z Mateuszem Szelcem, który prowadził w najtrudniejszym terenie. Mieliśmy telefon satelitarny, którego wprawdzie nigdy nie użyliśmy, ale nie było powodu do obaw. Zawsze ktoś by nas wyrwał z najgorszej kabały. Życie z kimś jest dużo łatwiejsze niż w pojedynkę. Dziś w podróże jeżdżę swoją pierwszą wyprawę?Prapierwszą odbyłem do NRD z ojcem. Wtedy można było przekroczyć tylko granicę z Niemcami. Przywiozłem pluszowego szopa pracza naturalnej wielkości. Pojechaliśmy pociągiem, bo samochodem byłby jeszcze większy kłopot z celnikami. A pierwsza podróż, w której poczułem się podróżnikiem a nie turystą, odbyła się różni się jeden od drugiego?Turysta to człowiek, którym w drodze ktoś się opiekuje. Podróżnik musi o wszystko zadbać sam. A, są jeszcze włóczędzy – to ci, którzy nie mają właściwie dokąd wrócić. Wciąż są w drodze. I ja siebie tak traktuję. Nie mam na końcu drogi domu jak pan Phileas Fogg, który po 80 dniach dookoła świata wie, że musi wejść po schodach i tam jest koniec jego podróży. Ja nie wiem, gdzie kończy się moja droga. Nie mam takiego miejsca, do którego mogę się odwołać mentalnie w jakiejś dramatycznej co z poczuciem bezpieczeństwa? Dużo podróżujesz – nie paraliżuje Cię jego brak?Poczucie bezpieczeństwa straciłem w wieku 14 lat, kiedy wyjechałem z rodzinnego domu, żeby zostać marynarzem. To była męska szkoła przetrwania, test charakteru. Nieustannie dostawało się w piernicz od starszych kolegów. Po takim doświadczeniu fali trudno odbudować poczucie bezpieczeństwa. Ale czy to mnie paraliżuje? Pewnie tak. To latami się odkłada i pokłosiem jest chociażby bezsenność. Podczas snu traci się kontrolę – jeśli żyjesz w permanentnym poczuciu braku stabilizacji, to przynajmniej chcesz mieć kontrolę wzrokowo-słuchową. A podczas snu jej nie masz, więc się przed nim instynktownie bronisz. Ale ten strach nie paraliżuje mnie na tyle, żebym zaprzestał poznawać zatem do pierwszej wyprawy, którą odbyłeś jako zaczęło się od przyjaźni. W połowie lat 90. w Polsce został uruchomiony program, dzięki któremu miała się podnieść w narodzie znajomość języka angielskiego. W ramach tego projektu do Świnoujścia – za te nasze marne pieniądze, za które nic nie można było kupić – zjechał nauczyciel angielskiego. Nowozelandczyk Jan Bordgdorf. Przyjeżdżał do wybranego kraju, żeby mieszkać w nim przez pół roku i uczyć. Zaprzyjaźniliśmy i dzięki niemu pozbywałem się wschodnioeuropejskiego sześciu miesiącach Jan wyjechał do Kairu. Tam w British International School uczył bogate dzieci z rodziny Husajna. Mieszkał na wyspie Gezira, w bardzo luksusowej dzielnicy, w kilkupokojowym apartamencie. Pojechałem do niego – kiedy piliśmy alkohol i spadały nam z parapetów doniczki z kwiatami nie musieliśmy sami ich sprzątać. Była od tego ekipa porządkowa. Któregoś dnia wręczył mi przewodnik Lonely Planet, zawiózł na dworzec, wsadził do autobusu jadącego do Marsa Matruh i powiedział: „Oaza Siwa to miejsce, do którego musisz dotrzeć”. I tak z turysty stałem się jazdę tym autobusem?Pewnie. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie, kobiety po drugiej. Jechaliśmy przez pustynię – byłem wtedy po raz pierwszy na Saharze. W rudej mgle było widać, że coś lśni w oddali. Kiedy autobus podjechał bliżej, okazało się, że przy drodze stoi facet ze strzelbą. Kierowca nawet się nie zatrzymał. Do dziś mam dreszcze, kiedy pomyślę o Siwa – oazie zamieszkałej przez ludzi – albinosów. To jedno z najważniejszych miejsc w moim odbyłeś dziesiątki podróży. Relacjonowałeś je w reportażach „Gruzja. W drodze na Kazbek i z powrotem”, „Duchy we śnie, duchy na jawie” – o mieszkańcach Papui Nowej Gwinei, którzy żyją na granicy wolności i niewoli, chrześcijaństwa i animizmu, a granica ta „przebiega w poprzek ich serc”. I moja ulubiona „W końcu i ty zapłaczesz. Z Baku do stóp Araratu”, w której piszesz: Czekamy. I znowu cisza. Panna czyta książkę, ja spisuję notatki z podróży. Kiedyś powstanie z nich książka o granicy między Europą a Azją. Właśnie tu jestem. Za plecami mam starą, kolchidzką, grecko-chrześcijańską kulturę opartą na mitach i świętych księgach żydów i chrześcijan. Pijemy wino, jemy mięso, podrywamy dziewczyny…” Wracasz pamięcią do tych miejsc? Co stamtąd w tobie zostało?Ledwo pamiętam, co kiedyś pisałem. Ale kiedy to przeczytałaś, nagle stanęła mi przed oczami tamta scena. Jednak dobrze to wszystko spisać – papier nie zapomina. Stawiasz trudne pytania. Z tych podróży już nic we mnie nie zostało, bo one są już opisane, nazwane. W głowie za to kotłują się te, których nie opowiedziałem. Do nich wracam myślami przede książkę o Chinach…No tak – ale kiedy piszę reportaż o danym miejscu, to tak jakbym tę podróż przeżywał kolejny raz. Kiedy zaczęła się pandemia, pomyślałem, że czas skończyć opowieść o Państwie Środka, której zresztą połowę miałem już jednak głównie opowieść nie o kraju, a o człowieku, który nie potrafi się z nikim porozumieć. Czułem się tak, kiedy tam wylądowałem. Nie mówiłem w ichnim języku, nie znałem ideogramów, nie umiałem niczego przeczytać. A poza Pekinem, Szanghajem czy Hongkongiem niewielu mówi tam po angielsku. Chiny blokują strony Googla, Wikipedii, FB, nie masz dostępu do nawigacji. Nie masz kontaktu ze swoim jest właśnie o tym, jak poradzić sobie z samotnością. Chiny są świetnym poligonem. Musisz nauczyć się pozawerbalnej komunikacji. Możesz kupić zeszyt i kiedy idziesz na obiad, możesz narysować w nim kota, potem go przekreślić i pokazać kucharzowi. Wtedy jest szansa, że dostaniesz do zjedzenia kurczaka. Kiedy zatykasz nos, wiedzą, że szukasz toalety. Chociaż gestykulacje wbrew pozorom nie są łatwe – bo Chińczycy są dobrze wychowani i powściągliwi, nie machają rękoma, nie ocierają się o siebie w tłumie, noszą maski – jeszcze wtedy głównie z powodu zanieczyszczenia. Byłem tam w trudnym czasie, bo w okresie Nowego Roku. Wtedy wszyscy podróżują i nie sposób zarezerwować żadnych za to było kolorowo…Nawet nie wiesz, jak bardzo. Po kilku tygodniach na prowincji – na Nowy Rok wylądowałem w Hongkongu i okazało się, że muszę mieszkać na 4 metrach kwadratowych w 16 osób, a każde z łóżek kosztuje 200 euro za noc. Cała ta podróż wyniosła mnie mniej niż tydzień tam. Ale Hongkong jest miastem ze snu, jest Hollywoodem Dalekiego Wschodu. Kiedy jako mały karateka oglądasz „Wejście smoka”, patrzysz na scenę, w której Bruce płynie łodzią, a za plecami ma Wzgórze Wiktorii. Mijają lata, jesteś dokładnie w tym samym miejscu i masz dreszcze. No i Bruce też tam jest. Jego spiżowy pomnik patrzy ci prosto w oczy. Zresztą na promenadzie Tsim Sha Tsui widzisz też odciśnięte dłonie Jackie Chana czy Jeta że w głowie tlą Ci się nieopowiedziane historie…Najfajniejszą z nich jest opowieść o Ameryce Południowej. Byłem tam – od Meksyku po Ziemię Ognistą – kilkanaście razy, w sumie ze dwa lata. Najpierw włóczyłem się sam po kilka tygodni albo miesięcy, potem wracałem z okazji rajdu Atakamy, Rajdu Dakar, wyjazdów prasowych, czy po prostu, żeby tam przeżyć najbardziej utkwiło ci w pamięci?Hm… kiedy jesteś na południu Afryki w powietrzu czai się agresja. No dobrze, może z wyjątkiem Mozambiku, który jest krajem ludzi niezwykle życzliwych, wyluzowanych. Rozwarstwienie społeczne nie jest tam szczególnie widoczne – wszyscy są biedni. W RPA widzisz z jednej strony ludzi obłędnie bogatych, z drugiej skrajną biedę, a między tymi grupami – przepaść. I tam właśnie czujesz w nozdrzach jakąś złość, gniew. Tymczasem w Ameryce Południowej w powietrzu wisi po prostu seksualność. Nie pytaj, co to oznacza. To się czuje i co Cię tam najbardziej zaskoczyło?Mrówkojad. Nie dziw się, na pewno takiego nie widziałaś (śmiech). W niewielkim górniczym mieście Santa Elena de Uairén w barze „Pod szalonym koniem” czy jakoś tak, żyje sobie taki mrówkojad, który zabawia gości. Kiedy ktoś daje mu palec, potrafi go wciągnąć strasznie mocno. A że nie ma zębów, nie może go odgryźć. Cały bar umiera ze kuchnia? Arenas, tamales, chicha czy queso blanco?Żebyś mnie zabiła, nie pamiętam nazw wielu potraw, które na świecie jadłem, choć kuchnia bywa przygodą. Czasem przyjemną, jak kawa z koglem moglem w Wietnamie, wyrazisty smak wina Casillero del Diablo w Chile, psie mięso z okazji świąt w jakimś indonezyjskim China Town. A w Hondurasie przedstawiciele unikalnej kultury Garifuna wypływają na ocean łodziami, by rękoma łowić żółwie. Żółwia nie można zabić zanim otworzy się łomem jego skorupę. Wiesz, w podróży wiele elementów życia definiuje się na nowo. Jedzenie należy do tej grupy – nie wszyscy przecież zajadają się genetycznie modyfikowaną soją i guacamole, przez które giną ostatnie dzikie lasy. Odkąd Europa pokochała awokado, karczuje się afrykańskie lasy, by je sadzić. Tak jak wcześniej dżungla Borneo zniknęła, żeby dać przestrzeń pod uprawę palmy olejowej, z której robimy trzy lata temu po raz pierwszy wspomniałeś, że pracujesz nad kryminałem, byłam przekonana, że akcję osadzisz gdzieś w świecie. Chociażby w takim Hondurasie. Tymczasem „Bezdech” dzieje się w Warszawie. Dlaczego?Bo jestem przede wszystkim reporterem i najłatwiej opowiedzieć mi o tym, co widzę. Uważam, że w powieści musi zadziałać zasada prawdopodobieństwa, więc do fiction używam tych samych narzędzi, co w przypadku reportażu. Czasem osadzam akcję np. na Borneo, które znam, ale podczas rewolucji, która naprawdę się tam odbyła w latach sześćdziesiątych. W moich kryminałach tło historyczno-obyczajowe zawsze jest odbiciem końcu w Warszawie drzewa są bardziej zielone niż gdzieś indziej, bo zamiast wody piją krew…Po raz pierwszy przyjechałem do Warszawy, by zobaczyć film „Misja” w Kinie Skarpa, o którym radio mówiło, że ma salę z najlepszym nagłośnieniem w kraju. Przyjechałem i siedziałem obok Andrzeja Łapickiego. Więc Warszawa była dla mnie miastem z bajki. A za drugim razem znalazłem się tu po to, by napisać reportaż o ludziach, którzy wyjechali z wielkich miast na wieś i robią ciekawe rzeczy. Tak poznałem panią Magdę Kępińską, która prowadziła artystyczne warsztaty dla dzieci. U niej poznałem pewnego malarza i on mi powiedział o tych do dziś tak patrzę na Warszawę, która jest wielkim cmentarzem i wielkim zobowiązaniem dwóch kultur: żydowskiej i polskiej. Chociaż nie wiem, czy dwóch – one przecież w ciągu tysiąca lat zdążyły tak zrosnąć się ze sobą, że stworzyły jedność – w 1861 roku w czasie, kiedy Rosjanie strzelali do manifestantów na Placu Zamkowym, żydowski gimnazjalista Michał Landy bierze krzyż z rąk zabitego księdza i idzie na czele tego pochodu. Sam też ginie. Dla całych pokoleń Warszawa to miejsce warte największych poświęceń. Dlatego to i dla mnie szczególne opowieści o stolicy ubierasz w formę kryminałów?Kiedy żyjesz z pisania, wiesz, że nie chodzi o to, ile napiszesz, a o to, ile sprzedasz. Jakkolwiek brutalnie to brzmi. Dziś ludzie wolą kryminały niż opowieści obyczajowe. Chciałem sprawdzić, czy potrafię zbudować napięcie. Kiedyś pani w kiosku Ruchu poleciła mi książkę Remigiusza Mroza. Tak ją polecała, że nie mogłem odmówić. Okazało się, że pan Remigiusz potrafi opowiadać w tak cudownie bezczelny sposób, że zasada prawdopodobieństwa go nie przytłacza. To było tak dobre, że pomyślałam wtedy, że i ja spróbuję. „Bezdech” powstał w 32 dni. Drugi kryminał pisałem pół roku. A trzeci, „Bezmiar” kosztował mnie naprawdę dużo że pracujesz teraz nad opowiadaniem i skończyłeś kolejny kryminał…Skarpa Warszawska organizuje ciekawy projekt, w ramach którego kilku autorów kryminałów pisze opowiadania o najcenniejszych obiektach z Muzeum Narodowego. Ja pracuję nad opowieścią o czternastowiecznej rzeźbie Zbawiciela z… wydrążoną głową. Pojawia się po raz pierwszy w 1351 roku w źródłach pisanych jako wyposażenie Kościoła Bożego Ciała we Wrocławiu. Dziwna historia, bo herbem Wrocławia jest głowa Jana Chrzciciela. W tym czasie na Śląsku templariusze mają swoją komandorię, a wielki mistrz templariuszy został spalony na stosie, bo czcił bafometa, czyli głowę Jana Chrzciciela. Co to ma wspólnego ze współczesnym zabójstwem osób badających rzeźbę z Muzeum Narodowego? co do kryminału, „Bezsen” znowu będzie przede wszystkim o to? Skoro nie możemy jej tak łatwo oswoić w rzeczywistości, to chociaż oswajajmy ją w literaturze. Opowieść dzieje się dwutorowo, w stanie wojennym i jednocześnie podczas epidemii koronawirusa. To dobry kontrapunkt. Rzecz dzieje się podczas wyborów. Okazuje się, że jeden z kandydatów na prezydenta jest zamieszany w tajemnicze morderstwo, które z kolei ma związek z odnalezieniem pewnej każdym razem, kiedy się widzimy przychodzisz na spotkanie z jakąś książką. Co obecnie czytasz?Zaraz zaczynam nową książkę Joanny Jax. Dzieje się w 1920 roku w Warszawie. Główny bohater jest komunistą, chce internacjonalnej wspólnoty oraz likwidacji państw narodowych. Zakochuje się w dziewczynie, która pochodzi z konserwatywnej rodziny i jest narodową jak motyw z szekspirowskiego „Romea i Julii”.Raczej odniósłbym ten wątek do obecnej sytuacji w Polsce. Powiem ci więcej, kiedy przeczytam. Wiesz, kolejna lektura to trochę tak jakbym się udawał w kolejną podróż tylko bez non stop w jesteśmy w tej samej drodze, bez powrotu. Możemy iść bezmyślnie i marnować czas, ale możemy też pozwolić sobie na zachwyt nad światem. Nie trzeba zaraz lecieć do Papui. Trzeba tylko podejść dość blisko, żeby zacząć widzieć. Tysiące ludzi mijają codziennie tablicę z opisem czynu Michała Landego i przegapiają jedną z najlepszych opowieści Starego Miasta. Z uwagi na moją ostatnią sprawność ograniczoną, udałem się na czas jakiś do domu rodzinnego, do ojczyzny kochanej, do Polski. Gdzie dane mi było przeżyć wyjątkowy dzień. Bo oto 11. marca odbyła się pierwsza bez handlu niedziela. Niehandlową spotkałem akurat w stolicy dolnośląskiego, przepięknym Wrocławiu. Jakież było moje zdziwienie, gdy niedzielnym popołudniem, gdy dreptałem sobie z kościoła, moim oczom ukazała się długa, aż po chodnika kraniec, do monopolowego kolejka. Nie lepiej wcale było w żabkach na rynku czy też na stacjach benzynowych. Swoją drogą, co to za szalony pomysł, żeby czekać pół godziny w kolejce na stacji, aby zapłacić za benzynę, bo tabun ludzi kupuje hot-dogi, chipsy, żelki i wszystko inne, co nie jest paliwem. (samochodowym paliwem, coby jasność nastąpiła) Ponieważ ja jestem człowiekiem prostym, niefinezyjnym i ogólnie rzecz biorąc stosunkowo nudnym, długo próbowałem zrozumieć fenomen niedzielnych kolejek. Dlaczegóż to, mając jeden, jedyny wolny dzień w tygodniu, my Polacy zamiast spędzić ten czas z rodziną, iść na spacer do parku, (a pogoda była naprawdę piękna), czy też po prostu, tak zwyczajnie zalec na kanapie. My wolimy stać w kolejkach. I nie żeby te kolejki były za czymś wyjątkowym. Zrozumiałbym stać w kolejce za kolejną częścią sagi o Harrym Potterze czy Wiedźminie, za biletami na koncert Sławomira, zrozumiałbym nawet kolejkę za nowym srajfonem, ale za paczką żelek? Hot-Dogiem? 20 minut?! Stania? Mi by się tego Hot-Doga, na samą myśl o staniu w kolejce, odechciało. Pomyślałem więc, oj biedni ludzie, nikt im nie powiedział, że to akurat w tę niedzielę obowiązuje zakaz handlu. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że przecież ja przyjechałem do Polski we wtorek, (a za granicą dostęp do polskich mediów mam dość bardzo ograniczony, nie z braku możliwości, a raczej z braku chęci), to już w piątek byłem na sto procent pewien, że w tę niedzielę nic nie kupię. Wystarczyło się tylko przejechać parę razy autem, a w radiu słyszałem to tak wiele razy, że jakoś zakorzeniło się w mojej podświadomości. Albo trafić na jeden blok reklamowy w telewizji i usłyszeć jak śliczna pracownica żółtej sieci dyskontów, zapewnia, że na tę niedzielę są gotowi. W takim razie, skoro wszyscy wiedzieli, to na pewno, tak jak i każdy rozsądny człowiek, zrobili zapasy na tę niedzielę. Przecież tak robią normalni, zdrowo myślący ludzie. Przecież w Niemczech, gdzie w każdą niedzielę sklepy są pozamykane, tak właśnie robią. A przecież Niemcy to też ludzie, którzy wcale nie są jakość wybitnie inteligentniejsi od Polaków. W sumie, nawet, jeśli na ten dzień, nie zrobisz zakupów, to szczerze wątpię, by twoja lodówka była tak pusta, iż nic na obiad nie wyczarujesz. A nawet, jeśli już kompletnie nic nie masz do jedzenia, (bo prawdopodobnie jesteś studentem), to przecież jeden dzień głodówki Cię nie zabije, a nawet nauczy lepszego planowania. O co więc chodzi z tymi kolejkami? Podejrzewam, że po latach socjalizmu, gdy to w kolejce trzeba było stać po wszystko, po prostu za nimi zatęskniliśmy. Tako więc, gdy w niedziele człowieki szły przez miasto i widziały kolejkę, to automatycznie do niej stawali, z tęsknoty, z samotności, z chęci przeżycia przygody, czy też po prostu, bo kiedyś było lepiej. Taka sytuacja mogłaby wyglądać w następujący sposób: – Przepraszam, a za czym kolejka ta stoi? – Zapytał człowiek człowieka na ulicy. – Nie mam zielonego pojęcia. Stawaj Pan, pogadamy, poznamy się, a jak dojdziesz Pan do kasy do coś Pan na szybko wybierzesz. – odpowiedział człowiek człowiekowi. – Dzień Dobry, co podać? – Zapytała znużona ekspedientka. – Eeeee, Hot- Doga? – odparł zapytaniem, zaskoczony klient. – Nie ma, wyszły. – odpowiedziała, znudzona monotonią ekspedientka. – To może chipsy? – Zaproponował, lekko zaniepokojony klient – Za chwilę odkryje, że stałem tu z samotności – pomyślał. – Przykro mi, również brak. – odpowiedziała, tracąca cierpliwość, lecz zachowując profesjonalizm. – To nie wiem, może 20 litrów oleju napędowego. – zaczął improwizować. – Oleju napędowego? – zdziwiła się. – A to nie jest przypadkiem stacja benzynowa. – próbował wybrnąć klient. – Owszem, ale dziś sprzedajemy głównie bułki. To z którego Pan tankował? – Zapytała profesjonalnie – Tankował? Ja nie… – Pogubił się w zeznaniach – To bierze pan ten olej czy nie? – Ekspedientka wyraźnie traciła cierpliwość – Ja nie…, ja tu dla towarzys… – Zmieszał się – Pani jest taka piękna. Stoję tu żeby to Pani powiedzieć. O której Pani kończy? Może wybierzemy się razem na … Hot-Doga?? – Następny! – Wybuchła – Co za ludzie, próbują wszelkich sposobów by złamać zakaz handlu – pomyślała ekspedientka z żalem, bo był to już piąty taki przypadek tej niedzieli. Tym razem się nie udało, ale ile nowych znajomości można w takiej kolejce zawrzeć. Ilość programów randkowych w telewizji wskazuje wyraźnie, że jesteśmy samotni, że mamy problemy z poznawaniem nowych ludzi i nie potrafimy dobierać się w pary, więc trzeba nam w tym pomagać. Jeśli więc, tym prostym zabiegiem, prostym zakazem handlu w niedziele, wyprodukujemy kilka nowych małżeństw, bo w kolejce jakiś Jasiu, pozna jakąś Małgosię. Czy to nie będzie piękne? Oczywiście, że będzie… pod warunkiem, że żadne istniejące małżeństwo przez zakaz handlu się nie rozejdzie. Bo gdy taka żona, nie będzie mogła pójść w niedziele do galerii handlowej, będzie musiała spędzić ją z mężem. A przecież przed ślubem mogli nie przewidzieć, że będą zmuszeni spędzać ze sobą aż tyle czasu. Jednego tylko wciąż nie rozumiem. Jakim cudem, o tym samym pomyśle można usłyszeć tak skrajnie różne opinie? Przez ostatnie dwa tygodnie słyszałem już, że Kaczyński wprowadzając wolne niedziele cofa nas do czasu socjalizmu Albo, że wprowadza państwo kościelne i ogranicza wolność ludzi zmuszając ich by spędzali niedziele w kościele. Albo też, że wreszcie ktoś dał nam prawdziwą wolność, choć tego jednego dnia w tygodniu. Tego jedynego dnia nikt nie zmusza Cię Polaku do pracy. (Chyba, że żona) Masz jeden dzień w tygodniu, który możesz spędzić jak chcesz, w którym możesz się zatrzymać, zwolnić, zastanowić się. Jeden dzień, który może nauczy Cię planowania, w który nie wydasz pieniędzy. Jeden dzień dla Ciebie, czy to takie straszne? Czy jesteśmy już tak uzależnieni od zakupów, że nie umiemy bez nich żyć? Bo jeśli tak, to ten dzień dobrze nam zrobi. Z tego całego zamętu i niezrozumienia, w głowie mi zaszumiało, wróciłem, więc do Niemiec, gdzie, życie zdaje się być łatwiejsze… do zrozumienia. A morał, jaki z tego do mojej głowy wpłynął to, że gdzie Polaków dwóch, tam zdania trzy. Oraz, by nie zapraszać ekspedientki ze stacji benzynowej na Hot-Doga po pracy. A czy sklepy powinny być w niedzielę otwarte? Uważam, że nie…, ale to moja opinia, a z nimi jak to z dup… już Piłsudski to wiedział. Gdzieś między Dreznem, a Fuldą w pociągu, Głowa spod Kapelusz Źródełko zdjęcia: Wzruszająca opowieść o poszukiwaniu miłości i szczęścia. Dziewięcioletni Rasmus z domu dziecka marzy, że znajdzie kogoś, kto go pokocha i ofiaruje mu prawdziwy, ciepły dom rodzinny. Pewnego szczególnie pechowego dnia nieszczęśliwy i samotny Rasmus podejmuje decyzję o ucieczce. Po nocy spędzonej w szopie spotyka Oskara – włóczęgę. Razem wyruszają na wędrówkę. Czeka ich długa i niebezpieczna droga. Przeczytaj tę książkę, a docenisz swoich przyjaciół. Kategorie: Książki » Literatura piękna » Przygodowa Książki » Literatura piękna » Książki dla dzieci i młodzieży » Książki dla dzieci » Literatura zagraniczna dla dzieci » Literatura zagraniczna dla dzieci 7-13 lat Język wydania: polski ISBN: 9788310136022 EAN: 9788310136022 Liczba stron: 232 Wymiary: Waga: Sposób dostarczenia produktu fizycznego Sposoby i terminy dostawy: Odbiór osobisty w księgarni PWN - dostawa do 3 dni robocze InPost Paczkomaty 24/7 - dostawa 1 dzień roboczy Kurier - dostawa do 2 dni roboczych Poczta Polska (kurier pocztowy oraz odbiór osobisty w Punktach Poczta, Żabka, Orlen, Ruch) - dostawa do 2 dni roboczych ORLEN Paczka - dostawa do 2 dni roboczych Ważne informacje o wysyłce: Nie wysyłamy paczek poza granice Polski. Dostawa do części Paczkomatów InPost oraz opcja odbioru osobistego w księgarniach PWN jest realizowana po uprzednim opłaceniu zamówienia kartą lub przelewem. Całkowity czas oczekiwania na paczkę = termin wysyłki + dostawa wybranym przewoźnikiem. Podane terminy dotyczą wyłącznie dni roboczych (od poniedziałku do piątku, z wyłączeniem dni wolnych od pracy). Astrid Lindgren ur. 1907 - zm. 2002 Astrid Lindgren to znana na całym świecie szwedzka autorka książek dla dzieci. Jej powieściami zaczytują się kolejne pokolenia zarówno najmłodszych, jak i nieco starszych czytelników, którzy chętnie wracają do ulubionych książek z dzieciństwa. Jako pisarka Lindgren zadebiutowała dość późno, bo w wieku 37 lat. Wydawała wtedy „Zwierzenia Britt-Marii”, które zostały pozytywnie przyjęte przez krytyków. W tym czasie Lindgren postanowiła poświęcić się tworzeniu literatury dziecięcej. W swoich książkach zastąpiła moralizatorstwo humorem i niezwykłymi przygodami, które przeżywają mali bohaterowie. Wiosną 1944 roku pisarka zaczęła spisywać niezwykłe losy rezolutnej Pippi Pończoszanki, która do dziś pozostaje jedną z najbardziej oryginalnych rozpoznawalnych postaci w literaturze dziecięcej. Książki o przygodach rudowłosej dziewczynki odniosły ogromny sukces i przetłumaczono je na ponad 70 języków. Co ciekawe, postać Pippi wymyśliła córka pisarki, a sama Lidgren jako dziecko była niezłym rozrabiaką – wraz z koleżankami stroiła żarty z nauczycieli, uwielbiała wspinać się na drzewa i chodzić po dachach, wykazując się odwagą i zwinnością. Do innych znanych powieści Astrid Lindgren należą „Dzieci z Bullerbyn” (które wiele osób zapewne pamięta jako szkolną lekturę), „Rasmus, Pontus i pies Toker”, „Bracia Lwie Serce” czy też „Ronja, córka rozbójnika”. Za swoją twórczość pisarka otrzymała wiele nagród, zarówno szwedzkich, jak i zagranicznych. Na wniosek polskich dzieci Astrid Lindgren otrzymała Order Uśmiechu. Nieprzebyte lasy zamiast sieci autostrad, stada niedźwiedzi grizzly zamiast tłumów ludzi, walka z przyrodą o przetrwanie zamiast codziennego dojeżdżania do pracy paliwożernym samochodem. Alaska to jedno z ostatnich miejsc na świecie, gdzie natura utrzymała swą nienaruszoną okazałość. Tutaj biały człowiek, mimo że obecny od ponad 300 lat, jest tylko gościem. Alaska to największy, a zarazem najsłabiej zaludniony ze stanów Ameryki. Zdajemy sobie sprawę, że w 10 dni, które mamy do dyspozycji, na pewno nie zobaczymy wszystkiego. Zamiast zaliczania najważniejszych atrakcji wybieramy więc swobodną włóczęgę. Chcemy poznać Alaskan, posłuchać ich opowieści. Poczuć tę krainę. O tym, jak bardzo „innym” stanem jest Alaska, świadczy sposób, w jaki mówi się tutaj o reszcie kraju – Lower 49, czyli „tamten daleki świat poniżej 49 równoleżnika”. Oferując spokój, ciszę i komfortową izolację od polityki i wielkomiejskiego zgiełku, Alaska przyciąga różnej maści dziwaków z całego kontynentu. Pierwszego spotykamy już na trasie do parku Denali. Staruszek resztki siwych włosów ma związane w długi kucyk, a ciemne okulary maskują przepite oczy. Minivan, którym nas podwozi, cały obwieszony jest indiańskimi symbolami i stanowi jednocześnie dom dla niego i psa, z którym dzielimy coś, co od dawna nie jest już tylnym siedzeniem.– Widzicie te chmury?– Tak... Co z nimi?– Widzicie, jakie są nienaturalnie regularne? Zdradzę wam tajemnicę – to chmury wyprodukowane przez człowieka. Armia USA ma w okolicy tajne podziemne bazy, z których za pomocą mikrofal próbuje kreować pogodę. Ale to im się nie uda. Przyroda jest silniejsza!Park Narodowy Denali, w którym położony jest szczyt McKinley, to symbol Alaski i punkt obowiązkowy każdej wycieczki. Nas przyciąga tu także magia miejsca, którą stworzył Jon Krakauer, opisując historię młodego Chrisa MacCandlessa w książce Into the Wild (Wszystko za życie). Niestety, mit najdzikszego miejsca w USA szybko znika za sprawą setek turystów, asfaltowych parkingów, kas biletowych i dziesiątek formalnych procedur. Do wnętrza parku dostęp jest możliwy tylko w oficjalnych autobusach, które przemierzają 90-kilometrowy odcinek szutrowej drogi od siedziby parku do wioski Kantishna pod masywem McKinley. Siedziba nosi nazwę Centrum Dostępu do Dziczy, a pozbawieni poczucia humoru parkowi rangersi traktują to śmiertelnie serio. Każdy odwiedzający park musi przejść półgodzinne szkolenie, po którym składa podpis na „kontrakcie z dziczą”. W jego ramach spędzający noc na terenie parku muszą wywiesić na namiocie pozwolenie na przebywanie w danej strefie. Biorąc pod uwagę, że to największy park narodowy USA, z jedną drogą, zastanawiamy się, kto będzie te pozwolenia sprawdzał. Niedźwiedzie? Kolejne punkty kontraktu precyzują nawet, jak należy stawiać kroki. Dowiadujemy się, że zużyty papier toaletowy trzeba zabrać ze sobą. Dostajemy na to specjalny pojemnik, w którym mamy też trzymać... jedzenie. – Jeśli coś się nie podoba, w Ameryce jest wiele innych parków! – kończy szkolenie strażniczka. Idziemy za jej radą i rezygnujemy z pomysłu „noclegu w dziczy”. Zamiast tego wybieramy kemping. Wieczorem pójdziemy na pokaz psich zaprzęgów. Niesmak dnia poprzedniego przygasa za sprawą widoków i przeżyć, które zapewnia nam Park Denali. Poranna zła pogoda nie wróżyła niczego dobrego, lecz jak to bywa w górach w jednej sekundzie chmury się rozchodzą, ukazując oddaloną o prawie 80 km samotną ogromną sylwetkę sięgającego ponad 6 000 m Denali („Wielki” w języku Indian Athabasca). Spektakl trwa, niestety, niecałe dziesięć minut. Przez okno autobusu z niecierpliwością wypatrujemy obiecanej „dziczy”, lecz – pewnie za sprawą silników dziesiątek autobusów – dzicz wybrała się na kawę. Po kilku godzinach jazdy przez czerwono-złote jesienne wrzo-sowiska, wśród górskich masywów, docieramy do Kantishny – dawnej osady traperskiej w górach Alaska tego punktu wyruszały pionierskie ekspedycje na najwyższy szczyt Ameryki Północnej, w tym wyprawa pierwszych zdobywców w 1913 r. W latach 30. ubiegłego wieku samoloty startujące z położonej po południowej stronie masywu Talkeetny zaczęły wozić ekspedycje wprost na lodowiec Kalhitna. Pozwoliło to oszczędzić 1 400 m podejścia, przeprawy przez rwące rzeki oraz... kilka miesięcy. Obecnie skuteczna ekspedycja zajmuje średnio mniej niż dwa tygodnie. Denali powszechnie uważa się za górę trudniejszą do zdobycia niż się-gającą ponad 2,5 km wyżej Everest. A to za sprawą zimna – średnia roczna temperatura wierzchołka wynosi bowiem –40 stopni! Rozmawiamy chwilę z rangersem. Opowiada, że przynajmniej raz do roku trafia się grupa zapaleńców, którzy chcą wejść na Denali drogą pierwszych zdobywców. Zazwyczaj kończy się to zatopieniem więk-szości sprzętu podczas próby pokonania McKinley na dachu Ameryki Północnej stanęli po raz pierwszy 26 lipca 1974 r. Wśród sześciu zdobywców był młody, nikomu nieznany Jerzy Kukuczka...Wsiadamy do autobusu powrotnego i szczęście znów się do nas uśmiecha. Najpierw widzimy niedźwiedzicę grizzly z dwoma małymi psotnikami, któ-re biegają jak szalone, zderzając się co chwila z wielką mamą. Następnie dwa łosie widowiskowo walczą o względy miss klempy. Na koniec dostajemy prawdziwy deser – potężny grizzly szukając jagód, podchodzi tuż pod okna autobusu. Urzeczeni tym widowiskiem auto-stopem uciekamy czym prędzej od zatłoczonego Centrum Dostępu do Dziczy w kierunku to małe, prowincjonalne miasteczko – aż trudno uwierzyć, że jest centrum regionu kilkakrotnie większego od Polski. Z miejscowego lotniska odlatują awionetki będące jedynym środkiem transportu stąd aż po Morze Beringa i Ocean Arktyczny. Znajduje się tu chyba najbardziej północny uniwersytet świata, którego wydział biologiczny prowadzi pod miastem hodowlę karibu i wołów piżmowych. O ile widok stada migrujących karibu przytrafia się niektórym podróżującym po północnej Alasce lub sąsiednim kanadyjskim Jukonie, o tyle dla piżmowołów Fairbanks to prawdziwe tropiki. Ich naturalny rejon występowania zaczyna się daleko na północy, u wybrzeży Oceanu Arktycznego. Dzięki posiadaniu najgrubszego futra świata nie muszą zapadać w sen zimowy. To grube futro i wielkie rogi wyrastające wprost z gołej czaszki tworzą bardzo sympatyczny wizerunek. Przed paniczną ucieczką powstrzymuje mnie jedynie oddzielająca nas siatka. Centrum miasta jest dosyć nietypowe, nawet jak na Alaskę. Zamiast szachownicy uliczek i budynków jest tam... wielka łąka Creamera, miejsce na „przerwę techniczną” dla migrujących ptaków. Raj dla ornitologów i naszej „technicznej przerwie” ruszamy dalej. Drogi asfaltowe prowadzą stąd już tylko na południe. Na północ wiedzie prawie 700 km szutru przez tundrę, rzekę Jukon i Góry Brooksa do Prudhoe Bay, gdzie z Morza Arktycznego od lat 60. wydobywa się ropę naftową. Przejażdżka Dalton Highway może sama w sobie stać się przygodą życia. Stąd najłatwiej ruszyć w naprawdę dzikie ostępy, by odnaleźć miejsca nietknięte jeszcze ludzką stopą. Jednak przejazd przez Bramy Arktyki to co najmniej dwa dni w jedną stronę – zapisujemy w notatniku kolejny cel na przyszłe podróże i zamiast na północ, docieramy do Delta Junction. Tutaj swój początek bierze AlaskaHighway, prowadząca w kierunku zachodnim do odległego o ponad 2 200 km Dawson Creek w Kanadzie. Gdy w grudniu 1941 r. Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, Amerykanie przestraszyli się utraty Alaski. Ze swoimi bogactwami naturalnymi, ogromnym i prawie niezaludnionym terytorium oraz długą i skomplikowaną linią brzegową była oczywistym i jednocześnie trudnym do obrony celem. Co najważniejsze jednak, Alaska nie miała lądowego połączenia z resztą Stanów. Zaledwie ośmiu miesięcy potrzebowało amerykańskie wojsko, by położyć półtora tysiąca mil asfaltu! Alaska Highway nie miała jednak okazji pokazać swego militarnego znaczenia, bo Japończycy po zajęciu dwóch wysp w archipelagu Aleutów odstąpili od kolejnych ataków. W Delcie nie czekamy długo na transport. Do swojego rozklekotanego pick-upa zabiera nas Dave. Starszy i zupełnie łysy, ale krzepki i żywotny, jest prawdziwym Alaskanem, jednym z niewielu w swoim pokoleniu urodzonych na tej ziemi. Budowa w latach 60. rurociągu, wzdłuż którego jedziemy już od Fairbanks, „otworzyła rzekę z ludźmi”. Z rzadka mijamy maleńkie wioski. Dla nas to raj pustych prze-strzeni i dzikiej przyrody. Dla Dave’a – nieznośne tłumy. Przez kilka godzin słuchamy z otwartymi buziami opowieści o „wielkiej rybie”, polowaniach na dziką zwierzynę, spotkaniach z niedźwiedziami, włóczęgach po tajdze i wspinaczce na McKinleya w latach 70. A wszystko to w rytmach Franka Sinatry. – Teraz już nie ma prawdziwych alpinistów. Jak z kumplami wchodziliśmy na Denali, do plecaków pakowaliśmy whisky i fajki. Ale była impreza w ostatnim obozie! Do McCarthy docieramy nocą, w strugach deszczu. Gdy zastanawiamy się, co ze sobą począć, jak zwykle w takich sytuacjach rozwiązanie pojawia się znikąd. Dostajemy zaproszenie od przewodników na imprezę w rytmach Boba Marleya z okazji zakończenia sezonu w górach. Poza nami jest jeszcze jeden turysta – Szwajcar Alain, który przyjechał tutaj na rowerze z... południa Argentyny!Park Narodowy Gór Wrangla i św. Eliasza, który rozciąga się jeszcze hen daleko za granicą kanadyjską, ma powierzchnię większą niż cała Szwajcaria. Są tylko dwie wioski: McCarthy i sąsiednie Kennecott, do których turyści docierają tylko przez trzy miesiące w roku. Od połowy września pozostają już tylko stali mieszkańcy, łącznie 15 osób. Szczyty dwóch potężnych pasm górskich przekraczają 5000 m. Ruszając w głąb parku, należy liczyć się z rwącymi rzekami, śniegiem oraz niedźwiedziami grizzly. Nareszcie odnaleźliśmy prawdziwą, dziką Alaskę. Wrzesień to ostatnie dni funkcjonowania taksówek powietrznych, które oferują przeloty nad zapierającymi dech widokami największych na świecie lodowców górskich. My musimy obejść się smakiem – od paru dni deszcz nie przestaje padać nawet na sekundę.– Macie pecha. Sześć tygodni świeciło słońce, to teraz musi się wypadać – mówi właścicielka hoteliku wywieszając tabliczkę: „Zapraszamy w maju”. Zanim odjedziemy, poznani wczoraj przewodnicy zabierają nas kilka kilometrów w górę doliny do Kennecott, opuszczonej wioski górniczej zawieszonej nad lodowcem. Aż trudno uwierzyć, że 60 lat temu mieszkało i pracowało tutaj kilkaset osób, a kolej codziennie wywoziła urobek do odległego o sto mil portu nad Pacyfikiem. Dziś po kolei zostały walące się wiadukty, a po kopalni miedzi upiorne budynki. Atak japoński sprowokował nie tylko budowę wielkiej szosy, lecz również destrukcję kopalń i ich linii głównej drogi podwozi nas z powrotem wielka ciężarówka, za której kierownicą siedzi... 14-latek.– Przez deszcze odwołali nam szkołę!– Macie szkołę w McCarthy?– No, w domu. Mama uczy mnie, siostrę i syna sąsiadów. Ale od tych deszczów mogą pójść wały powodziowe, a trzeba się przygotować na zimę.– I ty też to robisz?– Wszyscy. Ojciec kazał mi nawieźć piachu. Znam miejsce z dobrym piachem na trzydziestej mili. Valdez zostało założone pod koniec XVIII w. przez Hiszpanów, którzy w tym okresie wraz z Rosjanami i Brytyjczykami ścigali się o zajęcie północnych rubieży kontynentu. Choć całe wybrzeże Alaski jest urocze, trzeba przyznać Hiszpanom, że miejsce wybrali najpiękniejsze: u stóp gór Chugach, na końcu cudownego fiordu. Matka Natura przysyła tu co rok największe w świecie ławice łososi, które wpływają w górę Copper River na tarło. W zeszłym roku zatokę pokonało ponad 30 mln sztuk. Gdy na jesieni opadł poziom wody w rzece pobliskie łąki i bagna usiane były rybami. Symbolem Valdez może być zatem tylko łosoś. Jest wszędzie – malowany na plakatach, drewniany na płotach, nawet betonowy w asfalcie. Oraz rzecz jasna w knajpach – smażony, wędzony, solony, łosoś-burger, łosoś-taco. W pewnym sensie nietaktem jest pytać miejscowych, czym się zajmują w czasie wolnym. Jak to czym? Wędkowaniem! Z jednym z nich przyjechaliśmy właśnie do Valdez. Opowiadał, jak wygląda okoliczna produkcja łososia w puszce, w jaki sposób należy ułożyć, wędzić, suszyć i jak uzyskać słynny różowy kolor mięsa. Koszt pozyskania „surowca” jest praktycznie zerowy:– Wystarczy włożyć patyk do wody... Najwięcej to mnie puszki kosztują, 5 dolarów za sztukę.– A potem po ile sprzedajesz? Sprzedajesz? Nie żartuj. Robię dla siebie. Kto by to kupił, jak ma swoje! A żeby sprzedawać, to jeszcze jakieś homologacje, etykiety, daty ważności...Valdez reklamuje się jako „Ulubieniec Matki Natury”. I faktycznie, mimo że miasteczko samo w sobie jest mało ciekawe, ofertę krajoznawczą ma bogatą: trasy rowerowe wokół fiordu, kajaki morskie, wycieczki kutrami na halibuta, spacery do lodowcowych jęzorów ginących w wodzie zatoki, raftingi i wspinaczki o wszystkich poziomach trudności. Po drugiej stronie fiordu znajduje się terminal końcowy rurociągu. Nie uda nam się jednak go obejrzeć – po 11 września obiekty strategiczne w USA są strzeżone jak Fort Knox. Innych aktywności też nie mamy szansy zażyć – znów pada. Każda pora roku ma swoje wady i zalety. We wrześniu mamy okazję podziwiać krajobrazy upstrzone kolorami jesieni, choć ciągle pada. W lecie jest więcej słońca, lecz życie uprzykrzają komary i meszki. Po południu siadamy na prom Chenega odpływający do Whittier. Przed rejsem oglądamy z pokładu „morskich pieszczochów” – przesympatyczne wydry. Spędzają całe dnie, wylegując się w wodzie na plecach, z łapkami założonymi na brzuchu i zadartym ogonem – jakby oglądały telewizję, trzymając nogi na stole. To ich futro w XVII w. przywiodło tutaj rosyjskich traperów. Przez 150 lat rosyjska kolonia zamorska istniała tylko dzięki i dla futer wydr. Sprzedano ją Amerykanom za-raz po tym, jak gatunek został wytrzebiony. Obecnie pieszczochy znów pływają w wodach Pacyfiku. Rejs trwa trzy godziny. Pogoda okazuje łaskawość i z zapartym tchem podziwiamy ten cudowny zakątek świata. Krystalicznie czysta woda z milionem maleńkich skalistych wysp i biała skalno-lodowa ściana Gór Chugach. Nasz prom powoli dopływa do „ukrytego portu” Whittier. Zbudowany w trakcie wojny, do lat 90. w ogóle nie widniał na mapach. Utrzymanie portu w Zatoce Księcia Williama w razie ataku było kluczowe, bo miejsce to nie zamarza w zimie. Wybrano lokalizację, której nikt nie będzie się spodziewał, obok lodowca i bez żadnego logicznego dostępu od strony lądu (jego brak zastąpiono siedmiokilometrowym wąskim tunelem w skałach). Po raz kolejny zmieniamy środek transportu. Alaska Railroad, zbudowana w czasie gorączki złota, rozciąga się od Fairbanks na północy po południowy kraniec Półwyspu Kenai. Mamy szczęście podziwiać południowy, najpiękniejszy odcinek trasy kolejki. Półwysep Kenai niekiedy nazywany jest Alaską w pigułce: ośnieżone szczyty, pola lodowe, fiordy i zatoki, wyspy wulkaniczne, jeziora, dzika zwierzyna i linia kolejowa przez środek tego wszystkiego. Początek trasy wiedzie brzegiem oceanu wzdłuż ogromnej zatoki wcinającej się głęboko w ląd – Turnagain Arm. Pływy potrafią tu sięgać 16 stóp, czyli ponad 5 m! Zatoka ucieka, a my wjeżdżamy w jesienną, kolorową tundrę. Mijamy duże jezioro Kenai, którego brzegi porastają purpurowe wrzosy. Sceneria szybko się zmienia, gdy zaczynamy piąć się w kierunku przełęczy. Trasa nie raz jest wyryta w skałach. Jęzorów lodowcowych możemy prawie dotknąć przez okno. Tuż przed przełęczą pociąg pokonuje serpentyny, aby wspiąć się na wysokość prawie 1 000 stóp (330 m), którą traci w ciągu kolejnych kilku kilometrów, docierając do Pacyfiku w Seward. Szwendamy się chwilę po Seward, które robi miłe wrażenie. Wąskie uliczki z zabudową pamiętającą czasy gorączki złota, wśród których poukrywane są klimatyczne kafejki. Niektóre sklepy rozdają towar za pół ceny – end of season. W Seward gwarno i tłoczno jest nie tylko w lecie. Styczeń przynosi ze sobą tłumy szaleńców gotowych wystartować w najtrudniejszej gonitwie psich zaprzęgów – Iditarod. Zes-poły złożone z 16 zwierzaków i maszera przez dwa tygodnie pokonują ponad 1 800 km zimowej tajgi i tundry, w terenach zupełnie bezludnych. Trasa kończy się w Nome nad Morzem Beringa. Schodzimy ścieżką przez krzaki wzdłuż wąwozu. Nagle zarośla zaczynają szumieć – na dnie wąwozu dostrzegamy grizzly. Ucieka jak poparzony. Faktycznie, to płochliwe zwierzęta, które boją się człowieka, dopóki nie nauczą się kojarzyć go z jedzeniem. Kolejnym naszym celem są słynne alaskańskie wulkany, wyrastające z oceanu po zachodniej stronie półwyspu Kenai. Do pokonania mamy niewiele ponad 100 km, więc spokojnie zatrzymujemy się w ciekawszych miejscach. Rano odwiedzamy Exit Glacier, północny jęzor pola lodowego Harding Icefield. Idąc przez las, daleko przed czołem lodowca mijamy tabliczki z różnymi datami liczonymi od początku XIX w. Oznaczają one zasięg lodowca w kolejnych latach. Widok przemawia do wyobraźni. Globalne ocieplenie jest faktem, który tutaj widać szczególnie wyraźnie. Na temat odpowiedzialności człowieka za taki stan rzeczy Alaskanie mają jednak wyraźne zdanie:– Bzdura... Widzisz tu gdzieś jakiś przemysł, fabryki? A samochodów ile dziś widziałeś? Może pięć. Lód się cofa od 1800 r., pół wieku przed rewolucją przemysłową. Teraz jest cieplej, kiedyś będzie zimniej, zwyczajna kolej Kenai Lake droga prowadzi wzdłuż rzeki Kenai. Można wypożyczyć kajak i popływać po jeziorze, spłynąć fragmentem rzeki lub pokonać ją aż do ujścia do oceanu. Ale nie we wrześniu, dziś temperatura nie chce przekroczyć 10ºC, a właścicielka wypożyczalni zamyka interes na zimę. Zamiast w dół kajakiem ruszamy pieszo w górę. Skyline Trail prowadzi skrajem gór Kenai. Po wyjściu nad linię lasu mamy półwysep jak na dłoni: Turnagain Arm na północ, góry i Harding Icefield na południe, nakrapianą jeziorami nizinę na zachód, ocean, z którego hen wystają piramidy przekraczające 3 000 m: Iliamna, Redoubt i Spurr. Jake’owi akurat przegrzał się płyn hamulcowy i zatrzymał się w miejscu, gdzie staliśmy. Jak każdy Alaskanin jest początkowo zamknięty. Zadaje pytania i pozwala nam mówić. Chce się przekonać, z kim ma do czynienia. Wreszcie zaczyna się odkrywać i raczy nas historiami o prawdziwej walce z przyrodą, o tym jak w wieku 10 lat został drwalem, zanim jeszcze wybudowano rurociąg i wyasfaltowano drogi. Alaskanie w zaskakujący sposób potrafią łączyć amerykański indywidualizm z poświęceniem dla innych. Każdy poza swoim domem w miasteczku ma chatę gdzieś głęboko w lesie, o której nikt nie wie. Widząc natomiast, że auto stoi na poboczu albo ktoś potrzebuje podwózki, zawsze się zatrzymają. Dawniej zostawienie kogoś przy drodze na mrozie i wietrze oznaczało śmierć. Te nawyki pozostały, co nas cieszy.– Słuchajcie, akurat trwa sezon, więc na wszelki wypadek wożę broń na pace. Nie mielibyście nic przeciwko, żebym zatrzymał się na chwilę ustrzelić łosia, jak by wypadł nam na drogę? Wiecie, 800 kilo mięsa to zapas na cały rok! Po porannej kawie wybieramy się na długi spacer plażą. Wielkie lodowe piramidy wulkanów wystające z ciemnych wód Oceanu Spokojnego wyglądają trochę irracjonalnie. Prawdziwym wyzwaniem jest wspinaczka na taki wulkan. Wysokość i trudność porównywalne z alpejskimi, a start – dokładnie z poziomu zero. Na miejsce może nas dowieźć tylko hydroplan, do wynajęcia w Kenai bądź w Homer. Następnie kierujemy się do centrum Kenai, gdzie podobnie jak w odległym o 50 mil Ninilczyku stoi najprawdziwsza... cerkiew. To przedziwnie trwałe skutki działalności misjonarzy prawosławnych w XVIII i XIX w. Pośród społeczności Indian Athabasca żyjących wzdłuż traktów rzecznych oraz wyspiarskich Aleutów i tutaj, na Kenai, prawosławie jest najczęściej wyznawaną religią. Prawosławna msza po angielsku, pop Eskimos śpiewający litanię po rosyjsku i Biblia sprzed dwóch wieków w języku aleuckim zapisanym cyrylicą – takie dziwy spotykasz tylko na Alasce! W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze Homer, z trzykilometrową sztuczną mierzeją zbudowaną po to, by zmniejszyć pływy na zatoce i uratować statki przed osiadaniem na mieliznach. Krajobraz zmienił się od ostatnich kilku dni. Na kopułach Gór Chugach pojawia się śnieg.– Na Alasce mówimy na to termination dust (kurz końcowy). Dawniej pierwszy śnieg oznaczał, że ludzie zaczynali serio myśleć o zimie. I tak macie szczęście, bo w zeszłym roku termination dust pojawił się już na początku, a nie w drugiej połowie września – wyjaśnia Elaine, z którą jedziemy do Anchorage. Oczywiście, chwilę później zaprasza nas na nocleg i oferuje, że rano odwiezie nas na psuje nam rzut oka na notatnik. Żal odjeżdżać, jeszcze tyle zostało do zobaczenia! Na pewno tu wrócimy! No to w drogę – Alaska ■ Najsłabiej zaludniony (627 tys.), a zarazem największy stan USA (1 717 tys. km2, czyli 5,3 razy więcej niż Polska). ■ Każda pora roku jest tutaj na swój sposób atrakcyjna. Wiosna w tundrze przypada na czerwiec, białe noce – od maja do lipca, kolorowa jesień – od połowy sierpnia do połowy września, zorza polarna – zima. ■ Nie ma bezpośredniego połączenia z Polski na Alaskę. Z jedną przesiadką (we Frankfurcie, Pa-ryżu, Londynie, Nowym Jorku) można dotrzeć za ok. 4,5 tys. zł (w dwie strony). Z dwiema przesiadkami (dodatkowo w Salt Lake City, Houston lub Seattle) – bilet wychodzi ok. 1 tys. zł taniej. ■ Wynajęcie samochodu na tydzień to koszt ok. 350 USD. Benzyna kosztuje ok. 3 USD za galon (1,9 zł za litr). ■ Dobrze jest mieć międzynarodowe prawo jazdy – wielojęzyczna książeczka, którą dostaniemy w urzędzie na podstawie nasze-go prawa jazdy (formalnie nie jest to konieczne, ale polski dokument będzie dla stróża prawa zupełnie niezrozumiały).■ Transport autobusowy jest słabo rozwinięty i bardzo drogi. Istnieje jedna linia kolejowa z Seward na Płw. Kenai, przez Anchorage i Denali, do Fairbanks. ■ Najbardziej niezawodnym środkiem transportu na Alasce jest autostop – ludzie są tu Przyzwyczajeni do pomagania sobie. ■ Jeśli dysponujemy czasem oraz funduszami, warto polecieć do jednej z wiosek położonych z dala od cywilizowanego świata w prawdziwym „alaskańskim buszu”. Loty tego typu obsługuje lokalne lotnisko w Fairbanks, ceny w dwie strony wahają się od 400 do 700 USD. ■ Wśród najciekawszych miejsc, które mogą się stać celem takiej wycieczki, warto wymienić: Galena (Indianie Athabaska żyjący nad Jukonem), Nome (nad Morzem Beringa) oraz Point Barrow (osada eskimoskich łowców wielorybów). ■ W Nome istnieje możliwość wynajęcia helikoptera i dotarcia do prawdziwego „końca świata” – na skalną wyspę Mała Diomeda, z której widać rosyjską Wielką Diomedę.■ W każdej miejscowości jest biblioteka miejska, gdzie za niewielki datek można korzystać z szybkiego internetu. ■ W większych miasteczkach znajdziemy hostele, motele oraz lodges (20–40 USD za noc). ■ Dobrze rozwinięta jest sieć kempingów samoobsługowych (5–10 USD za namiot). ■ Nie ma formalnych problemów z rozbijaniem się na dziko. ■ Na lunch godne polecenia są mufinki (2 USD) z kawą (1,5 USD) w przytulnej kawiarence ■ Na obiad wszędzie dostaniemy tradycyjną amerykańską potrawę, czyli burger, na tysiąc sposobów (6 USD). ■ Na wybrzeżu trzeba spróbować łososia oraz halibuta (10 USD). W interiorze warto zapoznać się z myśliwym i dostać zaproszenie na domową kolację z łosia lub niedźwiedzia. ■ W restauracjach jest zakaz serwowania dziczyzny.■ Ceny produktów spożywczych przy obecnym kursie dolara są niższe niż w Warszawie. Wędrówki i ■ W „przygotowaniu do odbioru” Alaski pomogą lektury: Różaniec w śniegu. Zapiski z Alaski ks. Andrzeja Maślanki, Wszystko za życie Jona Krakauera, Klondike: The Last Great Gold Rush Pierre’a Bertona, Biały Kieł Jacka Lon-dona, Alaska – przewodnik Lonely Planet.